Wzajemne wsparcie w rozwoju kompetencji cyfrowych oraz w dostępie do edukacji i zatrudnienia

Edukacja

Wpis, który było mi dane przeczytać dzisiaj w znanym w polskim Internecie Linux.pl skłonił mnie nie tylko do oceny sytuacji przedstawionej w rzeczonym tekście, ale i refleksji nad tym, jak wygląda nauczanie informatyki w szkołach. W jednym i drugim przypadku mam ogromne wątpliwości – odwieczny spór alternatywy oraz „jedynego słusznego OS-u” przeniósł się także poza mury szkoły – ze skutkiem, który dla szkoły kończy się wstydem, a dla informatyka – nauczką.

Informatyk zatrudniony w jednym z polskich urzędów gmin odpowiadał za przygotowanie nowego sprzętu do pracy z uczniami. Za sprawą jego opinii zatem komputery wyposażono w dystrybucję Linuxa – Mint, która została dodatkowo okraszona odpowiednim oprogramowaniem – tak, aby uczniom niczego nie zabrakło. Co stało się dalej? Sytuacja, która wynikła z powodu sporu szkoły z informatykiem to kompilacja złych decyzji z jednej i drugiej strony.

Informatyk zaznacza, iż koszt instalacji Linuxa Mint na każdym z 16 stanowisk wyniósł ogółem 1900 złotych. Natomiast przygotowanie jednego stanowiska do pracy ze środowiskiem Windows wzbogaconym o program antywirusowy, pakiet biurowy i oczywiście sam system operacyjny to już koszt rzędu 1600 złotych na jedno stanowisko w pracowni. Według oszczędnego informatyka wybór był prosty – porzucamy Windows na rzecz Linuxa, mamy oszczędności – wszystko jest dobrze.

PŁATNY/DARMOWY – ZNACZY GORSZY

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. „Nawiedzony” informatyk będzie krzewił pingwinkową ideologię gdzie tylko będzie mógł, a fanboj Microsoftu powie, że kafelki to nie tylko łazienki, ale i komputery oraz smartfony. Po mnie zapewne oczekujecie tej drugiej postawy – nic bardziej mylnego. I informatyk i władze szkoły pomyliły się. Pozwolę sobie przytoczyć słowa dyrektor szkoły, w której doszło do tej całkiem zabawnej sytuacji:

to g… nie system

Dyrektor szkoły, która całe swoje życie powinna poświęcić na dokształcanie się po to, aby być gwarantem odpowiedniej jakości kształcenia nazywa Linuxa „gównem”. Szanownej Pani Dyrektor poleciłbym w tym momencie wyjście do łazienki, urzeźbienie „dwójeczki” i porównanie sobie własnej twórczości z Linuxem. Linux natomiast to świetne oprogramowanie, które powinno być obecne w szkołach. Z zaznaczeniem jednak, że Windows dzieciakom należy pokazać. Tak samo jak Androida, iOS, Windows Phone. Ktoś tu zapomniał, że na komputerach świat się nie kończy? Że Windows nie jest jedynym, w pełni funkcjonalnym systemem? I tak oto zażądano zmiany oprogramowania, co miało kosztować już nie 1900 złotych, lecz 17 tysięcy.

Informatyk przegiął w jedną stronę – sadzanie dzieciaków przed obcym im interfejsem (choćby był najbardziej zbliżony do Windows – nie będzie Windowsem) to proszenie się o gorsze efekty w nauczaniu, gdy tylko przesiądą się one na Windows. Ogrom różnic między Libre Office i pakietem Microsoftu jest tak porażający, że niestety i ja mam problem z odnalezieniem się w darmowej alternatywie. Nie oznacza to, że tego nie trzeba pokazywać. Wskazywanie różnych możliwości powinno się odbyć wraz z innymi działaniami nauczycieli.

UCZMY DOBRYCH PRAKTYK W SIECI

„Włączcie sobie komputerki i się pobawcie” – gdy zapytałem siostrzeńca o to, co robił ostatnio na informatyce – ręce mi opadły. Oglądali filmiki na YouTube, grali w Counter Strike’a. W sumie, za moich czasów nie było lepiej – były tylko gorsze maszyny, na których się pracowało. W czasach, gdy na rynku był już obecny Windows XP, na niektórych maszynach dalej straszył 98 i… przycisk Turbo przyrodzony dawnym pecetom.

Komputer – owszem, służy do zabawy. Ale w dzieciakach oprócz niezdrowej fascynacji grami oraz mediami należy wzbudzać ciekawość samych technologii, bo to one będą niedługo definiować to, jak żyjemy. Pokazywać ciekawe rozwiązania gigantów technologicznych. A tymczasem lekcje prowadzą w większości nauczyciele, którzy zrobili sobie jedynie papier, który pozwala im uczyć informatyki. Co na ten temat wiedzą? Jak komputer rozebrać i skręcić, jak go włączyć… Worda oporządzić. Tyle. Ej, ale na Wordzie, Excelu i reszcie świat się nie kończy…

Młodym brakuje często wiedzy na temat tego, jak ważna jest prywatność w Internecie, co robić, aby nie zainstalować szybernastu pasków wyszukiwania w przeglądarce i jak, opierając się na zdrowym rozsądku nie łapać się na cyberzagrożenia. No, ale są inne, „ważniejsze” rzeczy.

Linux.pl w swoim artykule powołuje się na „technologiczną neutralność” prosi o szacunek dla publicznych pieniędzy – to oczywiście popieram. Ale niech oszczędność nie zabiera nikomu zdrowego rozsądku – trudno jest bowiem jednoznacznie sklasyfikować: „złe” i „dobrze” biorąc pod uwagę tylko „płatne” i „darmowe”. Najważniejsze jest dobro dzieci, które będą na tych maszynach pracowały, a o tym w tekście i Linux.pl i czytelnika tego serwisu zapomniano.

A szkoda.

Gmail jest obecnie chyba najpopularniejszą platformą poczty elektronicznej na świecie. Użytkownicy korzystają z tej poczty, bo jest wygodna, darmowa, oferuje szeroki zakres funkcjonalności, no i jest od Google. Ale Gmail może być jeszcze lepszy!


Wiele organizacji korzysta z Gmaila. Nic w tym dziwnego – wybierają go z tych samych powodów, z jakich wybrały go setki milionów użytkowników na całym świecie. Na jednej platformie dostajemy zarówno klienta pocztowego, jak i samą pocztę, zatem wygoda korzystania jest tutaj jedną z priorytetowych spraw. Jeśli dodamy do tego automatyczną segregację wiadomości przypisanych do konkretnej kategorii tematycznej, synchronizację z innymi usługami Google i niezłą aplikację mobilną, otrzymamy pocztę niemalże doskonałą. A jeżeli zaczniemy używać Inboxa, wejdziemy na zupełnie nowy poziom zarządzania skrzynką mailową.

Każdy z nas to zna – dziesiątki powiadomień dziennie, zazwyczaj o zupełnie nieistotnych mailach. Niezliczone ilości reklam, newsletterów, informacji z portali społecznościowych, sklepów, etc. Ekran smartfona wygląda czasami jak tablica z ogłoszeniami. Jeśli znacie ten problem, najwyższy czas zainstalować Inboxa, inteligentnego klienta poczty dla Gmaila.

Cóż jest takiego wyjątkowego w tym narzędziu? Ano to, że jest w stanie określić, które maile są dla nas ważne, a które nie. I o tych nieważnych nie informuje, co sprawia, że nawet nie wiemy o przysłowiowych śmieciach spływających do naszej skrzynki. Ponadto, Inbox ma aż siedem kategorii dla wiadomości: Zakupy, Finanse, Społeczności, Powiadomienia, Fora, Oferty oraz Niski Priorytet. Co więcej, aplikacja rzeczywiście potrafi przefiltrować wiadomości w taki sposób, aby wpadły do odpowiedniego koszyka.

Kolejne funkcjonalności skupiają się już wokół zarządzania samymi wiadomościami i jest to najmocniejsza strona Inboxa. Z każdym mailem możemy wykonać szereg czynności, takich jak odłożenie na później, przypięcie, oznaczenie jako „gotowe”, a nawet przypomnienie o tym, żeby na danego maila odpisać. Czysta wygoda!

Wyobraźmy sobie sytuację – rezerwujemy miejsce na konferencji. Otrzymujemy maila z potwierdzeniem i danymi dotyczącymi naszej rezerwacji. Ale sama konferencja jest dopiero za dwa miesiące, po drodze możemy zgubić maila wśród tysięcy innych. Inbox pozwoli nam ustawić uśpienie wiadomości np. do dnia poprzedzającego wydarzenie. Wtedy nie tylko nam o nim przypomni, ale poda wszystkie dane, których potrzebujemy.

Po wykorzystaniu naszego przykładowego maila oznaczamy go, jako „gotowy”, a Inbox wrzuca go do odpowiedniego folderu, żeby nie zaśmiecał nam skrzynki głównej. To czyszczenie maili jest jedną z najlepszych opcji aplikacji, ponieważ pozwala nam na stosowanie polityki „zero” czy „clear” – skrzynka pocztowa ma być przejrzysta dla użytkowników.

Jeśli jakaś wiadomość jest dla nas szczególnie istotna, możemy ją przypiąć. Oznacza to, że zawsze będziemy mieli ją w widoku głównym, nawet jeśli użyjemy grupowego czyszczenia kategorii, w jakiej się znajduje. I to również jest ukłon w stronę użytkowników, którzy dostają pełną kontrolę nad swoją pocztą.

Jest jeszcze jedna funkcja, która może przekonać do rozpoczęcia przygody z Inbox – cofnięcie wysłanego maila. Mamy na to 15 sekund, ale próżno szukać takiej funkcjonalności w innych klientach pocztowych.

A teraz trochę o wadach

Inbox działa tylko z Gmailem i tylko z jednym kontem w tym samym czasie. Jeśli mamy inne skrzynki podpięte do poczty Google, Inbox ich nie obsłuży. Jeśli mamy kilka kont Google, nie przypiszemy ich wszystkich do Inboxa, tak jak możemy zrobić to w Gmailu. To może być problematyczne, jeśli korzystamy z kilku kont jednocześnie.

Kolejną sprawą jest to, że Inboxa trzeba nieco przeszkolić. Zanim aplikacja nauczy się perfekcyjnego rozdzielania wiadomości, będziemy musieli czasem zwrócić jej uwagę na to, że dana wiadomość powinna trafić gdzieś indziej, a jeszcze inna wcale nie jest spamem. Ale to standardowe zabiegi dla każdego programu mającego pełnić funkcję asystenta.

Poza tymi kilkoma niedogodnościami – które, być może, zostaną w przyszłości rozwiązane – Inbox jest świetnym narzędziem do zarządzania Gmailem. Aplikacja jest darmowa, dostępna na Androida oraz iOS, a także w formie przeglądarkowej. Warto dać jej szansę!

Michał Jadczak z http://technologie.ngo.pl/wiadomosc/1643343.html

Stworzenie strony internetowej jest dzisiaj podstawą działalności, bo poprzez sieć dotrzemy do większej ilości odbiorców. Dlatego warto zadbać o to, aby strona była przyjazna, czytelna i przyciągająca uwagę. Ale zanim to się stanie, musimy wiedzieć, od czego zacząć…


Domena, hosting i CMS

Podstawową częścią składową, jakiej potrzebujemy, jest oczywiście domena, czyli adres internetowy. Wyszukiwarki wolnych domen znajdziemy bez problemu w Google, a ciężko ocenić, która jest najlepsza – wszystkie bazują na podobnych zasobach. Ważniejszą kwestią jest wybranie końcówki naszego adresu – może być to .com, .pl, .org lub wiele innych. Dla organizacji najtrafniejszym wyborem byłoby pewnie .org lub .pl, aczkolwiek wiele zależy również od cennika – domeny rzadko kiedy bywają zupełnie darmowe. Warto to sprawdzić.

Drugim filarem, bez którego nie stworzymy strony, jest hosting – miejsce na serwerze, w którym zebrane będą wszystkie dane dotyczące strony oraz znajdujące się na niej materiały. Na hostingu nie warto przesadnie oszczędzać, bo w dużej mierze od niego zależy jakość funkcjonowania strony, a więc prędkość ładowania, pojemność i stabilność.

Sercem strony jest CMS, czyli system zarządzania treścią. Jeśli chcemy mieć witrynę dynamiczną, umożliwiającą szybkie dodawanie treści, zmiany i modyfikacje, niezbędne będzie wyposażenie jej w CMS. Generalnie chodzi o to, aby móc z prosty sposób automatyzować tworzenie strony – dzięki gotowym szablonom i szerokiemu zakresowi możliwych ustawień, nam pozostanie jedynie karmienie strony treściami.

Dwa najpopularniejsze gotowe CMS-y, jakie możemy zainstalować, to WordPress i Joomla!, które mają zarówno swoje wersje darmowe, jak i płatne. Te drugie oferują oczywiście znacznie więcej możliwości, dlatego warto trochę zainwestować – zwróci się to pod postacią chętnie odwiedzanej strony.

Programista i kod

Skoro mamy już domenę, hosting i CMS, wypadałoby wszystko to spiąć razem. W tym celu potrzebować będziemy eksperta, a więc mitycznego programisty. To zazwyczaj dzięki niemu strony funkcjonują tak, jak powinny. Jeśli sami nie znamy się na kodowaniu i pochodnych temu sprawach, niezbędna będzie nam pomoc fachowca, bo zepsuć coś, to nie sztuka.

A jak programista, to i kod. Głównym kodem strony jest najczęściej HTML, który zawiera oczywiście elementy innych języków programistycznych, np. PHP czy Perl oraz fragmenty w JavaScript. Jeśli mamy CMS, właściwie nie musimy znać się na kodowaniu, chyba że bardzo chcemy zmienić jakieś elementy szablonu, z którego korzystamy. Zazwyczaj jest to możliwe zarówno z technicznego, jak i prawnego punktu widzenia, ale wtedy również warto zwrócić się o pomoc do specjalisty – zrobi to szybciej, sprawniej i pewnie nie zapomni o kopii zapasowej.

Treść

Teraz najważniejsze: treść. Jest takie ładne powiedzenie, content is king. To prawda, sprawdza się ono w każdym przypadku, od pisania bloga po kręcenie wysokobudżetowych produkcji. Jeśli mamy dobre treści, dobrą zawartość naszego produktu – w tym przypadku strony organizacji – jesteśmy na dobrej drodze do zgromadzenia wiernych odbiorców.

Jakość zawsze będzie szła w parze z popularnością danego „czegoś”, więc lepiej tworzyć mniej, a lepiej. Jeśli będziemy dysponować przyjaznym CMS-em, możemy skupić się w pełni na tworzeniu treści na wysokim poziomie.

Dobra strona to taka, która przyciągnie wyglądem, a zatrzyma treściami. W dzisiejszym świecie witryna www jest naszą wizytówką, więc powinna być dopracowana i pokazująca, że jakość merytoryczna jest dla nas tak samo ważna, jak wizerunek.

Michał Jadczak z http://technologie.ngo.pl/wiadomosc/1647107.html

 

Oto i obiecana druga część naszego porównania dwóch najpopularniejszych sieciowych notatników. Tym razem przyjrzymy się unikalnym funkcjom, jakie znajdziemy w Evernote, pionierze tego typu rozwiązań na masową skalę. Do dzieła!


Notuj w chmurze – OneNote vs. Evernote. Co wybrać? (cz. 1: OneNote)

Pierwszym, co rzuca się w oczy przy zestawieniu Evernote’a i OneNote’a jest ilość zewnętrznych aplikacji, z jaką współpracuje ten pierwszy. Instapaper (agregat newsów), FileThis (narzędzie do organizowania rachunków, etc.), IFTTT (aplikacja do tworzenia prostych algorytmów), Powerbot (narzędzie integrujące chmury) i setki innych aplikacji wykorzystują udostępnione API od Evernote’a, co pozwala na połączenie ich z samym narzędziem. Do tego dodatki do przeglądarek, które co prawda oferuje również OneNote, ale te od Evernote’a mają o wiele więcej zastosowań.

Evernote ma narzędzie „Web Clipper”. Niezwykle przydatne, wyjątkowo wygodne i absolutnie fantastyczne. Zdecydowanie lepsze, niż to oferowane przez OneNote. Dlaczego? Cóż, jest bardziej funkcjonalne – pozwala chociażby na zaznaczenie fragmentów strony, które nas najbardziej interesują, dodawanie komentarzy, tagów oraz, co chyba najważniejsze, oferuje wybór pomiędzy zapisaniem pełnej strony, wersji uproszczonej, zakładki lub obrazka. Dostępne na wszystkie przeglądarki.

Wygoda użytkowania również przechyla szalę na rzecz Evernote. Weźmy takie logowanie – możemy zrobić to z poziomu przeglądarki, aplikacji desktopowej lub mobilnej i wszystko po prostu działa. W OneNote każde z tych źródeł musi dostać osobne pozwolenie, więc nie dość, że zabiera to sporo czasu, to niekoniecznie działa tak, jak powinno. Z drugiej strony, dostęp offline jest płatny w przypadku Evernote, a darmowy w OneNote.

Materiały przechowywane w zakładce „Web Clipper” pojawiają się w naszych wyszukiwaniach Google. Czy może być bardziej logiczne i wygodne zastosowanie dla takiego narzędzia? Nie sądzę.

W Evernote możemy dodawać powiadomienia do notatek, ot tak, po prostu. Nie zrozummy się źle – w OneNote też możemy to zrobić. Musimy tylko wejść do Outlooka, tam stworzyć przypomnienie, potem połączyć je z OneNote i gotowe. Trochę długa ścieżka, jak na dodanie przypomnienia w notesie.

Jeśli wykupimy opcję Premium lub Business, Evernote może zmienić się nawet w narzędzie do prezentacji. Nie będzie, naturalnie, tak fajne jak PowerPoint czy Keynote, ale może przydać się w kryzysowej albo niespodziewanej sytuacji. Szkoda tylko, że za dostęp do tej funkcji musimy zapłacić 50 dolarów rocznie (w wersji Premium) lub 12 dolarów miesięcznie (w wersji Business).

WERDYKT

To naprawdę ciężka decyzja. W kwestii wygody użytkowania i kompleksowości rozwiązań dostępnych wokoło danego narzędzia, wygrywa zdecydowanie Evernote. Jeśli zależy nam na dużych możliwościach edycji samych notatek, powinniśmy wybrać OneNote’a…

Jeśli chodzi o aplikacje mobilne, zdecydowanie wygrywa Evernote, głównie przez wzgląd na wygodę i prostotę działania. Po prostu logujemy się i już, wszystko mamy zsynchronizowane. W przypadku OneNote odpychająca jest konieczność autoryzacji każdego miejsca, z którego się logujemy.

Evernote ma lepsze narzędzia sieciowe, OneNote świetnie integruje się z pakietem Office. To, co w OneNote jest darmowe, w Evernote jest płatne. Jednocześnie, nie są to funkcje kluczowe dla działania usługi. Wybór jest naprawdę niełatwy…

Ale wiecie co? Wydaje nam się, że wszystko sprowadza się do prostszej kalkulacji – jeśli korzystamy z Windowsa 8.1, weźmy OneNote, bo jest on naturalnym elementem systemu, z którym pracujemy. Jeśli korzystamy z Maka, Androida czy iOS, Evernote sprawdzi się zdecydowanie lepiej.

Michał Jadczak z http://technologie.ngo.pl/wiadomosc/1650116.html

Sieciowe notatniki robią prawdziwą furorę, szczególnie w kwestii przechowywania w nich elementów znalezionych bezpośrednio w Internecie. Dwa najpopularniejsze narzędzia oferują właściwie to samo, ale w różny sposób. Które będzie lepsze dla nas?


Notuj w chmurze – OneNote vs. Evernote. Co wybrać? (cz. 2: Evernote)

Jeszcze rok temu wybór byłby oczywisty, bo Evernote było narzędziem daleko wyprzedzającym rozwiązanie Microsoftu. Ale gigant z Redmond włożył wiele pracy w ulepszenie swojego notatnika i dzisiaj stajemy przed naprawdę trudnym wyborem.

Użytkownicy Maków mają dwie aplikacje na tym samym poziomie. Windowsowcy otrzymują OneNote’a w postaci rozszerzonej, niedostępnej dla innych platform. Decyzja nie jest łatwa. Dlatego spójrzmy na to, co potrafi jedno i drugie narzędzie, kiedy postawimy je obok siebie.

OneNote jest niezwykle elastyczny – możemy zmienić w nim niemalże wszystko, poczynając od faktury wirtualnego papieru, po dodawanie odręcznych notatek czy rysunków do zapisanych elementów. Możemy wykorzystać cyfrową miarkę, przygotować gotowe wzorce notatek i personalizować mnóstwo innych rzeczy. Mowa oczywiście o wersji na Windowsa – aplikacje na Maki i iPady mają nieco bardziej zawężone pole manipulacji, natomiast w Evernote w ogóle nie mamy możliwości takich zmian.

Narzędzie Microsoftu jest – oczywiście – zintegrowane z resztą usług pakietu Office, a więc Outlookiem, Excelem, Wordem i PowerPointem. Możemy np. przesłać arkusz z Excela bezpośrednio do notatnika, a ten automatycznie przerobi go na adekwatny do innych wpis. Co lepsze, jeśli potem w OneNote zdecydujemy się na edycję tegoż arkusza, automatycznie zmieni się on również w Excelu.

Ważną funkcją z punktu widzenia pracy grupowej, szczególnie przydatnej w organizacjach pozarządowych, jest usługaSharePoint, pozwalająca na dzielenie się notatkami, jak również możliwość załączania ich do maili bezpośrednio z poziomu Outlooka. Zarówno Evernote, jak i OneNote dla Maków niestety nie posiadają takiej możliwości.

Dla obu systemów dostępne jest za to dzielenie się notatkami z innymi użytkownikami OneNote. Jest ona darmowa, dopóki oczywiście nie płacimy za Office’a czy SharePoint. Sporym plusem OneNote jest również możliwość jednoczesnej pracy nad daną notatką przez kilkoro użytkowników, czego nie oferuje Evernote. W przypadku tego ostatniego istnieje, co prawda, narzędzie o nazwie LiveMinutes, pozwalające na wspólne tworzenie projektów, ale jest płatne.

W OneNote możemy dodawać materiały wideo do notatek. Właściwie nie trzeba dodawać nic więcej – ani Evernote, ani OneNote dla Maków nie oferują takiej opcji.

Narzędzie Microsoftu pozwala nam na stworzenie list to-do, więc nie będziemy potrzebowali zewnętrznego narzędzia. Dzięki temu wszystko możemy trzymać w jednym miejscu, a same elementy listy zaplanowanych zadań wzbogacimy o zdjęcia, wspomniane wideo czy cokolwiek tylko zechcemy.

Pojemność to ważna sprawa, zwłaszcza jeśli trzymamy w naszym cyfrowym notesie dużo różnych materiałów. Pod tym kątem OneNote również wygrywa z Evernotem, bo oferuje aż 15 GB darmowej przestrzeni, przy 60 MB konkurenta. To porażająca wręcz różnica, którą trudno pominąć. Nielimitowana pojemność w Evernote kosztuje 50 dolarów rocznie, a więc wcale nie tak mało.

Jak widać, OneNote ma naprawdę mocne argumenty w starciu o tytuł najlepszego cyfrowego notatnika na rynku. W następnej części przyjrzymy się charakterystycznym, unikalnym funkcjom Evernote’a i wydamy werdykt ostateczny.

Michał Jadczak z http://technologie.ngo.pl/wiadomosc/1650116.html

Walka wśród komunikatorów trwa w najlepsze. Każdy z graczy próbuje wykonać jak najlepszy w skutkach ruch, który pozwoli zainteresować nowych i utrzymać obecnych użytkowników. Za ostatnie działania Facebooka mogłem śmiało wystawić wysoką ocenę i wydawało się, że Google zareaguje szybko i trafnie. Czy tak się stało?

I tak, i nie. Od dziś pod adresem Hangouts.google.com każdy użytkownik tego komunikatora, korzystając jedynie z przeglądarki, może skupić się na konwersacjach ze znajomymi bez potrzeby odwiedzenia serwisu Google+ czy Gmaila. Oczywiście dostępne są dwie aplikacje dedykowane Chrome, ale przecież użtykownicy innych przeglądarek zostają z niczym.

Ale czy „nowe” Hangouty stają na wysokości zadania? W mojej ocenie nie, ponieważ Google wybrało najłatwiejszy ze scenariuszy, zagnieżdżając jedynie w nowej stronie stare rozwiązania – okienka z rozmowami. Zdecydowanie wygodniejszym interfejsem byłby ten znany z Messenger.com– dwukolumnowy układ z listą konwersacji po lewej i rozmową po prawej. Zamiast tego korzystamy z pewnego rodzaju „mixu”, który uzupełniony jest fajnym, zmieniającym się tłem – ono jednak może okazać się dla niektórych rozpraszające.

Przy samej lewej krawędzi ekranu umieszczono skróty umożliwiające na przełączanie się pomiędzy listą kontaktów, rozmowami tektowymi oraz głosowymi. Wysuwany panel zawiera linki do aplikacji mobilnych i desktopowych, a także ustawień, gdzie zdecydujemy o szczegółach powiadomień, pokazywania naszej aktywności online i innych znanych opcji. Cieszyć może ogólna aktywność Google w tym obszarze, ale to nadal nie jest odpowiedź na pełnie oczekiwań użytkowników. O ile mobilne Hangouty spełniają ich potrzeby, o tyle na desktopie komunikator Google w dalszym ciągu nie odpowiada wszystkim wymaganiom. Jest dobrze, ale może być jeszcze lepiej.

Dobre narzędzie do prezentacji to nieoceniona pomoc w przypadku organizacji pozarządowych (i nie tylko). Ilekroć trzeba przedstawić jakiś projekt, o wiele lepiej wygląda on właśnie w formie prezentacji, niż kartek czy przekazu ustnego. Ale prezentacje są nudne…


Nuda prezentacji, jakie można przygotować z wykorzystaniem najpopularniejszych narzędzi, np. Prezi czy PowerPointa dostrzeżona została przez Microsoft. Dlatego pakiet Office otrzymał kolejną aplikację do tworzenia prezentacji, zupełnie jednak odmienną od znanego nam PP. Przedstawiamy Sway, narzędzie do prezentacji dla każdego!

Na stronie www.sway.com nie ma systemu rejestracji, haseł ani nic z tych rzeczy. Po prostu wpisujemy swojego maila i możemy działać. Wita nas interfejs, który już na pierwszy rzut oka wydaje się być niezwykle przyjazny dla użytkownika. Wszystko jest przejrzyste, ładne i oszczędne w formie, by nie zaśmiecać pola pracy niepotrzebnymi bajerami.

Możemy obejrzeć przykładowe prezentacje lub rozpocząć tworzenie swojej. Do wyboru mamy również samouczek, który wprowadzi nas w tajniki Swaya, pokaże jego możliwości i oprowadzi po dostępnych menu. Tych, wbrew pozorom, wcale nie ma tak mało – są po prostu ukryte w poszczególnych zakładkach, zgodnie zresztą z elementarnymi zasadami logiki.

Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest szeroki wachlarz możliwości w kwestii wykorzystania cyfrowych źródeł. Do prezentacji możemy wstawiać filmy z YouTube, wpisy z Twittera, zdjęcia z Flickra, do tego oczywiście cokolwiek mamy na chmurowych dyskach OneDrive czy Google Drive.

Teraz najlepsze – żeby zrobić to wszystko, wcale nie musimy znać skomplikowanych komend kodowania. Sway opiera się na idei What You See Is What You Get, a więc mamy po prostu edytor wizualny i mechanikę typu przeciągnij i upuść, co pozwala na obserwowaniu zmian w czasie rzeczywistym. Nawet dołączanie elementów, które normalnie wymagają nieco zachodu, jak wspomniane filmy z YouTube’a czy tweety, jest tutaj dziecinnie proste.

Całość aplikacji jest oczywiście responsywna, zatem praca na tablecie czy smartfonie również nie powinna sprawić problemu. Z poziomu telefonu nie udało nam się zlokalizować tworzenia nowej prezentacji, możliwe zatem, że na smartfonie można Swaya jedynie przeglądać. Natomiast aplikacja mobilna działa bez zarzutu i jest wierną kopią sieciowego odpowiednika.

To dobrze, że Microsoft wychodzi ze swoimi produktami poza sztywne ramy biurowych aplikacji. Sway jest najmniej biurowym z Office’owych elementów, ma więc największe szanse na błyskawiczne zdobycie uznania na rynku. Bo dzisiaj biurowe, sztywne prezentacje to przeżytek.

Artykuł Michała Jadczak ze strony NGO.pl
http://technologie.ngo.pl/wiadomosc/1654014.html

17-letni Maksym Smirnow, wykorzystując technologię Intela, skonstruował rękawiczkę pozwalającą osobom cierpiącym na zaburzenia mowy lub słuchu rozmawiać z innymi za pomocą gestów.

Ukryta w rękawiczce płytka Intela odpowiada za przekładania ruchów dłoni na litery, które rozmówca użytkownika rękawiczki może odczytać na wyświetlaczu. Udało nam się porozmawiać z Maksymem Smirnowem o jego pracy nad tym rozwiązaniem.

Skąd wziął się pomysł stworzenia rękawiczki tłumaczącej język migowy?

Nie chciałem tworzyć zabawki, tylko coś naprawdę użytecznego

Istnieje wiele przydatnych urządzeń opracowanych z myślą o osobach z wadami wzroku. Z jakiegoś powodu wciąż jednak brakuje rozwiązań przeznaczonych dla ludzi borykających się z problemami mowy i słuchu. Podejmowano już co prawda pewne próby w tej dziedzinie, jednak ostatecznie żadne nowoczesne rozwiązana nie przyjęły się. Przykładowo: kilka lat temu grupa ukraińskich studentów biorących udział w konkursie Imagine Cup organizowanym przez Microsoft opracowała rękawice zdolne rozpoznawać ruchy dłoni. Dużym problemem była jednak konieczność programowania rękawicy od nowa przed każdym ich użyciem. Studenci wygrali konkurs, jednak od 2012 roku brak jest jakichkolwiek nowych informacji na temat tego projektu.

Postanowiłem sam sprawdzić, jak można rozwinąć ten pomysł, tworząc nie zabawkę, tylko coś naprawdę pożytecznego.

Na obozie komputerowym NRJ, wspieranym przez centra Intel STEM, doradzono mi użycie płytki Intel Galileo. Gdy przyjrzałem się jej bliżej, uznałem to za dobry pomysł.

Czy możesz wyjaśnić nam sposób działania rękawiczki?
Jeszcze miesiąc temu działała pod kontrolą płytki Intel Galileo. Obecnie urządzenie pracuje w oparciu o architekturę Intel Edison. Płytka przechwytuje informacje z czterech czujników służących do pomiaru kąta odkształcenia. Planuję jednak dodanie kolejnych dwóch, aby zwiększyć dokładność rozpoznawania ruchu. Dane są również pobierane z żyroskopu i akcelerometru, dzięki czemu urządzenie potrafi rozpoznawać przyspieszenie wzdłuż każdej z osi oraz kierunek ruchu całej dłoni.

Rękawiczka osiąga dokładność rozpoznawania ruchów na poziomie 80–85%

Gesty są przechowywane w pamięci wewnętrznej płytki i obejmują cały angielski alfabet. Po otrzymaniu informacji z rękawiczek płytka porównuje zestawy danych wejściowych i zwraca wynik w postaci symbolu wyświetlanego na ekranie. Rezultaty nie są złe – rękawiczka osiąga dokładność rozpoznawania ruchów na poziomie 80–85%. Błędy zwykle wynikają z różnic w nawykach poszczególnych użytkowników. Co ważne, mogę skalibrować rękawiczkę z myślą o danym użytkowniku, dzięki czemu jej dokładność ulegnie zwiększeniu.

Dlaczego uważasz korzystanie z rękawiczki za prostsze choćby od obsługi wirtualnej klawiatury tabletu?
Bardzo mało osób wykorzystuje gadżety – czy choćby notatniki – do porozumiewania się na co dzień. Znacznie łatwiej jest używać języka migowego; zwłaszcza w sytuacjach awaryjnych, gdy jest to po prostu szybsze.

Czy otrzymałeś już jakiekolwiek opinie od osób, do których kierujesz swój wynalazek?
Rozmawiałem z aktorami teatru niesłyszących „Nedoslov”, występującymi na scenie pomimo wad mowy i słuchu. Testowali moją rękawiczkę i byli zadowoleni z rezultatów. Jedynym problemem, na jaki zwrócili uwagę, była niezbyt duża szybkość rozpoznawania gestów. Warto zaznaczyć, że cały czas nad tym pracuję i wkrótce będzie już lepiej.

Myślisz, że korzystaliby z twojego urządzenia, gdyby mieli do niego stały dostęp?
Mam taką nadzieję.

Sukces twojego wynalazku nie będzie zależeć wyłącznie od jego jakości i przydatności. Dużą rolę odegra także sprzedaż, marketing, dobór dostawców części i wiele innych czynników. Czy myślałeś już o tej stronie projektu?
Póki co nie poświęcałem temu zbyt wiele uwagi. Mój projekt może być przydatny, jednak nie jestem pewien, czy ktokolwiek będzie gotów zainwestować w tak niepewne przedsięwzięcie. Czas pokaże. Najpierw muszę zająć się samym urządzeniem. Oczywiście byłoby to dla mnie duże wyróżnienie, gdyby udało się znaleźć inwestora.

Czy masz jeszcze jakieś pomysły na wynalazki?
Jest wiele rzeczy, które chciałbym zrobić, jednak idee bardzo często trudno jest wcielić w życie. Jednym z takich pomysłów jest stereofoniczny generator dźwięku przeznaczony dla osób niewidomych, za pomocą którego byłyby w stanie odbierać informacje o otoczeniu. Nadal jednak nie wiem, jak się za to zabrać.

Kiedy po raz pierwszy miałeś okazję użyć płytki Intel Galileo?
Gdy zaczynałem pracę nad rękawiczką. Mimo to bardziej do gustu przypadła mi płytka Intel Edison. Jest szybsza, mniej się nagrzewa i zużywa mniej energii. Edison świetnie radzi sobie nawet z przenośnymi akumulatorami, jakich używamy do ładowania smartfonów. Dla mnie to idealne i bardzo wygodne rozwiązanie.

W jaki sposób firma Intel pomaga Ci w pracy nad wynalazkiem?
Największym wsparciem są centra Intel STEM, zapewniające dostęp do odpowiednich urządzeń. Dzięki nim możemy zdobywać doświadczenie w ich użytkowaniu i prowadzić eksperymenty. Co więcej, w przypadku problemów zawsze możemy zwrócić się o pomoc do inżynierów firmy.

Z tego co widzę, już kilkukrotnie wystawiałeś swój wynalazek w konkursach – również międzynarodowych.
Zgadza się. W moskiewskim konkursie Scientists of the Future zająłem drugie miejsce. Miałem też okazję poznać jego organizatora, który pomógł mi zaprezentować urządzenie w Chinach, w konkursie Beijing Youth Science Creation Competition (BYSCC). Tam również zająłem drugie miejsce.

Jeszcze nie tak dawno temu lista ta zawierała znacznie więcej pozycji niż dzisiaj, ale natrafienie na zespoły czy solowych artystów, którzy nie decydują się na wkroczenie w XXI wiek nie jest trudne. Usługi streamingowe określane są mianem przyszłości rynku muzycznego, a mimo to niektórzy obok tej nowinki przechodzą zupełnie obojętnie. Ale jak długo jeszcze?

Sprawa nie mogła powrócić w innej sytuacji, aniżeli z okazji pojawienia się kolejnego gracza na rynku streamingowym. Podczas konferencji Apple powtarzana była fraza o bibliotece iTunes dostępnej w Apple Music, co oczywiście nie znalazło w 100% pokrycia w rzeczywistości, bo nie wszystkie zasoby sklepu cyfrowego można swobodnie strumieniować w Apple Music. Naprawdę sporo osób, w tym ja, wyczekiwało pojawienia się Beatlesów w takiej formie odsłuchu, ale spotkało nas wszystkich rozczarowanie. Żyjący członkowie zespołu, Paul i Ringo, w dalszym ciągu opierają się presji pojawiającej się chyba z każdej ze stron (właściciele usług streamingowych oraz fani) i ani myślą o dodaniu swojej dyskografii do oferty choćby jednej z platform.

Podobnego zdania był także Jimmy Page z Led Zeppelin, ale ostatecznie Spotify dopięło swojego i z niemałym rozgłosem albumy tego zespołu trafiły do milionów słuchaczy usługi rodem ze Szwecji. Można śmiało powiedzieć, że pewna „bańka” ekskluzywności w dostępie do dokonań takiego zespołu pękła i każdy, płacący lub nie, użytkownik usługi może w każdej chwili sięgnąć po dowolny utwór. Rozpatrujemy tę sytuację oczywiście biorąc pod uwagę jedynie w pełni legalne źródła, gdzie najczęściej w cenie miesięcznego abonamentu można nabyć jedną z dostępnych płyt. Potencjalne grono słuchaczy znacznie poszerza się, co bez wątpienia było jednym z najważniejszych argumentów Spotify podczas negocjacji, ale taki ruch nie mogł nie wpłynąć na zwykłą sprzedaż. Przynajmniej teoretycznie, w co ja nie do końca wierzę.

Sądzę, że taka decyzja może pociągnąć za sobą wzrost zainteresowania zespołem, ale krótko mówiąc: kto ma kupić album zespołu, ten to zrobi. Tymczasem The Beatles nadal starają się utrzymać wokół swojej marki pewną aurę elitarnego zespołu, co w mojej ocenie negatywnie wpływa na ich ponadczasowość. Ironiczne prawda? Nowa generacja słuchaczy najczęściej rezygnuje spacery pomiędzy regałami z kompaktami czy winylami, ograniczając swoją aktywność do wklikania kilku liter w wyszukiwarkę. Po kilku sekundach naciskamy „play” i to wszystko, czego spora grupa słuchaczy potrzebuje do szczęścia. Nie ma w tym nic złego, ale zrezygnowanie z tych osób, to nie jest coś na co mogą pozwolić artyści, nawet Beatlesi.

Nie widzę bowiem innego od wspomnianego powodu, dla którego tacy wykonawcy mogliby podejmować takie decyzje. Chyba nie robią tego dla pieniędzy, bo można śmiało przypuszczać, że sir Paul McCartney na brak środków do życia nie narzeka, co oczywiście nie oznacza, że miałby zrezygnować z wpływów za własne dokonania. Cały ten problem jest dość skomplikowany i do momentu, w którym włodarze usług stremingowych nie zdołają przekonać o słuszności swojej działalności, wszystkie trzy strony zaangażowane w tę sytuację będą na straconej pozycji. I fani. I artyści. I właściciele usług.