Wzajemne wsparcie w rozwoju kompetencji cyfrowych oraz w dostępie do edukacji i zatrudnienia

Zatrudnienie/Praca

Snapchat został stworzony w roku 2011, ale prawdziwy boom zaczął się w naszym kraju zaledwie parę miesięcy temu. Pomysł: tworzenie treści, która znika po jakimś czasie. Zdjęcia i filmy wysyłane do konkretnych użytkowników mogą istnieć maksymalnie dziesięć sekund, te dodane do streamu znikają po dobie.

 

Na całym świecie użytkownicy każdego dnia wysyłają ponad miliard zdjęć za pomocą Snapchata.

 

W USA użytkownicy mogą nawet… przesyłać sobie pieniądze za pomocą wiadomości. Kilka miesięcy temu Snapchat wprowadził też możliwość tworzenia na nim ekskluzywnych treści przez media, choć na razie dostęp do niej ma zaledwie kilku wybranych dostawców.

    Periscope to aplikacja do streamingu wideo, kupiona w marcu tego roku przez Twittera. Zamysł jest prosty: w ciągu kilku sekund możemy odpalić wideo na żywo i pokazać widzom coś ciekawego. Na bieżąco możemy otrzymywać również komentarze.

     

    Aplikacja jest zintegrowana z Twitterem, który nie jest w naszym kraju za bardzo popularny, więc ma u nas nieco pod górkę. W momencie, gdy to piszę, jestem prawdopodobnie najbardziej popularnym polskim użytkownikiem Periscope. Bardzo aktywny jest też Jarek Kuźniar, a swój pierwszy stream właśnie dziś odpalił Janusz Palikot.

     

    W przeciwieństwie do Snapchata treści z Periscope można oglądać też za pomocą komputera, ale bez możliwości dodawania komentarzy.

      To jedna z tych rzeczy, które w internecie odchodzą i wracają. Po trwającej pewien czas modzie na zintegrowane usługi i treści wracamy do mody na rozproszenie i specjalizację. To już kiedyś było, ale za każdym razem wygląda nieco inaczej. Tym razem może być szczególnie ważne dla internetowych twórców.

      Jakiś czas temu Facebook próbował stworzyć konkurencję dla Snapchata. To nie był jedyny ich podobny projekt. Kiedyś wychodziły, dziś nie. Nic nie wskazuje również na to, żeby próby zrobienia z Messengera zupełnie osobnej platformy miały sens. To znaczy: jasne, to komunikator o ogromnym zasięgu – ale ludzie wiedzą, że jest elementem Facebooka. Zwłaszcza dla młodych odbiorców potrzeba integracji i unifikacji różnych usług nie jest tak istotna. Ba, czasem stanowi ich minus. Wprowadzenie wideo na Instagrama nie spowolniło w żaden sposób rozwoju Vine.

      Kiedyś jeden serwis do wszystkiego pozwalał na oszczędzenie czasu. Dziś użytkownicy wcale nie chcą tego robić i mniej korzystać z Sieci. Wręcz przeciwnie. To tak jak z restauracjami: oczywiście w McDonaldzie znajdziemy wszystko, ale najlepsza kawa jest w tej jednej kawiarni na końcu ulicy. Wiecie, do czego dążę?

      Tu i teraz

      Nie mamy czasu na zaglądanie w przeszłość. Treść stanowi komunikację, a komunikacja z wczorajszą treścią jest nudna. „Real-time web” jest dziś tak „real”, jak to tylko możliwe.

      Treść stanowi komunikację, a komunikacja z wczorajszą treścią jest nudna.

      Masa ludzi reaguje na to źle. Uważają, że jeżeli coś jest istotne tylko przez krótki czas, to można to robić byle jak – i że nie ma to żadnej wartości. To błąd. Internet zaczyna przypominać telewizję informacyjną. Liczy się tu i teraz, ale to nie znaczy, że można pominąć jakość.

      Oczywiście nie jest tak, że bardziej rozbudowane, ponadczasowe treści znikną. Jednak musicie nauczyć się myśleć obecną chwilą. Jak Jedi. Życie online płynie coraz szybciej.

      Wyobrażacie sobie, by ktoś był zdziwiony tym, że Onet nie produkuje wersji drukowanej i nie wysyła jej do swoich czytelników pocztą? To byłby absurd, prawda? Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że istnieją firmy wyłącznie internetowe. Po prostu. Teraz będą istnieć firmy wyłącznie mobilne. Liczba użytkowników smartfonów jest taka, że można sobie pozwolić na tworzenie biznesu (nawet opartego na treści) wyłącznie w komórkach – a te mamy zawsze przy sobie i w ich przypadku znacznie istotniejsze jest natychmiastowe odbieranie informacji.

      Powrót do długich treści

      Nie wiem, czy to dostrzegacie, ale wszystko, o czym piszę, tworzy pewien spójny obraz. Specjalizacja, komunikacja i informacja w jednym, czas rzeczywisty. Nie oznacza to jednak, że odejdziemy zupełnie od nieco głębszych treści. Wręcz przeciwnie.

      Przez ostatnie lata obserwowaliśmy stopniowe upraszczanie i skracanie informacji generowanych przez media. Przewiduję odwrót od tego trendu. Niewiele rzeczy może być prostszych i krótszych niż pojedynczy snap, niewiele rzeczy może być bardziej prostolinijnych niż komunikacja przez Periscope. Szansą dla twórców treści jest budowanie czegoś, co będzie mieć konkretną wartość i spełniać inną potrzebę niż te nowe, superszybkie, emocjonalne media.

      Te potrzeby i wartości mogą być różne, ale zasada „wyróżnij się lub zgiń” może działać tak mocno jak nigdy dotąd. Treść, która jest na tyle długa, że nie zmieści się na Snapchacie, ale na tyle krótka, że nie wyczerpuje tematu, może po prostu być do niczego. Mam wrażenie, że w tej kwestii nastąpi polaryzacja: z jednej strony rzeczy maksymalnie pełne i dopracowane, z drugiej – ekstremalnie szybkie i żyjące chwilę.

      Nadchodzą zmiany

      Nowa fala oznacza zmiany. Być może nawet sztorm. Masa ludzi będzie zaciskać powieki, wpychać palce do uszu i udawać, że jej nie ma. Ale to nie sprawi, że nie dosięgną ich jej efekty.

      Zdecydowanie w takim momencie najlepiej tę falę wykorzystać i rozpędzać się, płynąc dalej. Jeżeli jesteście internetowymi twórcami, to powinniście wiedzieć, że jedną z najważniejszych zasad nami rządzących jest dostosowywanie się do zmieniających się warunków. Od tego jesteśmy – żeby robić rzeczy zupełnie nowe i wyjątkowe.

      Możecie oczywiście obrażać się na ewoluujący świat… 

        Rośnie również świadomość odbiorców względem tego, co chcą oglądać. Podam Wam przykład. Pomyślcie: w jaki sposób ludzie mogą się dowiadywać, że warto polubić fanpage na Facebooku?

        Mogą zajrzeć na niego i sprawdzić, czy jest ciekawy. Mogą dowiedzieć się o nim, bo ktoś ze znajomych podzielił się pochodzącym z niego statusem. Sposobów jest masa. Nowe social media wymagają znacznie więcej świadomości. Ich najcenniejszą walutą jest uwaga. Nawet jeśli namówimy kogoś do obserwowania nas na Periscope, to musimy jeszcze tworzyć tam treści na tyle ciekawe, żeby ktoś w ogóle zdecydował się na ich oglądanie.

        Jeśli nie będziemy utrzymywać uwagi, zginiemy w tłumie.

        Jeszcze bardziej widać to na Snapchacie. Tam wejście w interakcję z twórcą wymaga dania mu kredytu zaufania. Nie możemy wcześniej podejrzeć jego streamu, musimy podjąć świadomą decyzję.

        Być może zabrzmi to dziwnie, ale nowa fala social media wprowadza zupełnie nowe pojęcie jakości. Nie pod względem długości treści albo rozdzielczości zdjęć, tylko pod względem poziomu zaangażowania. Jeśli nie będziemy utrzymywać uwagi, zginiemy w tłumie. Musimy tworzyć rzeczy wciągające, zachęcające do interakcji – co wcale nie jest takie proste, bo mówimy o krótkich wideo i niewielkich, widocznych przez zaledwie kilka sekund obrazkach.

        To wielki błąd ludzi wchodzących dziś na Snapchata. Wrzucają tam gówno, bo przecież i tak zniknie. Traktują go jak śmietnik. A to tak nie działa. Treść na Snapchacie jest widoczna tylko chwilę, więc mamy niewiele czasu na utrzymanie uwagi. Wszystko znika po 24 godzinach, dlatego wymagamy od odbiorcy regularnego inwestowania czasu w naszą twórczość. Jeśli nie nauczymy go, że warto – odejdzie. Tu nie ma EdgeRanka.

          W związku z wszystkimi tymi zmianami jeszcze jedno staje się mało istotne: platforma. Już Facebook był zapowiedzią podobnych zmian. Klikając tam w link, nie zastanawialiśmy się, skąd pochodzi – ważniejsze było to, kto z naszych znajomych go polecił.

          Blogerzy zastanawiają się dziś: czy mam umieścić moją treść na blogu? A może jest zbyt krótka i powinienem ją wrzucić na Facebooka? Albo wręcz przeciwnie: może lepiej nie marnować energii na Fejsa i zrobić u siebie sekcję z krótszymi wpisami? Siedzą nad tym mądre głowy i dyskutują, w co lepiej inwestować.

          Dla większości użytkowników jest to temat zupełnie abstrakcyjny. Każda treść jest na wyciągnięcie ręki. Nie ma dla nich znaczenia, w którym kierunku muszą tę rękę skierować. Liczy się to, co jest dla nich ciekawe i co ich angażuje.

          Nie można się na ten stan rzeczy obrażać. Trzeba go zaakceptować – zwłaszcza że w nowej fali social media, o której piszę, to treść jest na pierwszym miejscu.

          Porównajcie liczbę funkcji Facebooka do tej np. na Snapchacie albo Periscope. Niebieski kombajn Zuckerberga odwiedzamy z wielu powodów: by sprawdzić, co u znajomych, odezwać się na komunikatorze, wylać swoje żale względem marki albo zasiać wirtualną marchewkę. Na Snapchata wchodzimy, by oglądać treść – tylko i wyłącznie.

            Przez lata podział w internecie był wyraźny: najważniejszymi gałęziami były komunikacja i treść. Klient e-mailowy i czat służyły do komunikacji. Po treść wchodziliśmy na portale, później na blogi.

            Facebook zaczął zacierać granicę pomiędzy tymi dwoma rodzajami aktywności. Treść zaczęła stanowić komunikację. Wklejając linka i dając lajka, nie tylko dzieliliśmy się informacją, lecz także generowaliśmy komunikat: „Zgadzam się z tym”, „Polecam to”.

            Dziś jeszcze bardziej się to pogłębia. Nie ma podziału pomiędzy treścią i komunikatem. Jak pisałem wcześniej, skończyła się era jednostronnej komunikacji z mediami: zaczynamy się więc przyzwyczajać do tego, że na każdą informację możemy jakoś zareagować, czyli rozpocząć dialog. Jednocześnie np. na Snapchacie obrazki stanowią formę wypowiedzi. Dodajcie do tego emoji, naklejki w komunikatorach itd. – komunikujemy się za pomocą zdjęć, obrazków, memów.

            Google regularnie aktualizuje algorytm swojej wyszukiwarki. Jak oficjalnie potwierdzono, ostatnia taka zmiana miała miejsce w ubiegły weekend. Jak to się stało, że nikt gorzko nie zapłakał, a sieci społecznościowe nie ugięły się pod ciężarem zrzutów ekranu z załamanymi (lub wręcz przeciwnie) wykresami w Google Analytics?

            Otóż Panda 4.2 to bardzo sprytne, ale zarazem flegmatyczne i nie grzeszące dynamiką „zwierzątko”. Choć algorytm został zaktualizowany w ubiegły weekend (dokładnie 18 lipca), to trudno doszukiwać się ciągle jakichkolwiek zmian w praktyce. Rezultaty te mają być widoczne dopiero za jakiś czas. Nowy algorytm ma sumiennie skanować wyniki wyszukiwania i w stosowny sposób je porządkować. Może to potrwać nawet kilka miesięcy, więc właściciele blogów i stron internetowych muszą trzymać nerwy na wodzy.

            Co tak naprawdę zmieni Panda 4.2? Google nie zwykł podawać „listy zmian” dla kolejnych aktualizacji algorytmu, co chyba nikogo nie dziwi. Sam algorytm Panda jest odpowiedzialny za jakościową zmianę w wynikach wyszukiwania, a więc eliminację spamu, śmieci i linków do stron, które są pozycjonowane w sposób nieczysty. Można się zatem spodziewać, że podniesiona zostanie widoczność serwisów z wartościowymi treściami, kosztem wszystkim pozostałych. Warto zaznaczyć, że Panda 4.2 nie musi wcale być złą informacją dla posiadaczy stron www. Istnieje szansa, że część serwisów, które ucierpiały w wyniku wprowadzenia poprzedniej aktualizacji i dostały się pod filtr Google’a, teraz zostanie z niego uwolniona.

            Szczególnie istotny może być tutaj sposób, w jaki te zmiany są wdrażane. Powolne działanie Pandy 4.2 może sugerować znaczące rozmiary aktualizacji, a to przyniesie zauważalne rezultaty. Jednocześnie sprawia to, że śledzenie zmian w algorytmie staje się utrudnione. Gdy zmiany były widoczne natychmiastowo, można było je analizować i wyciągać wnioski: za co Google karze, a za co wynagradza. Teraz specjaliści od SEO będą mieli o wiele twardszy orzech do zgryzienia.

            Google tłumaczy, że Panda wpłynie na 2-3 proc. anglojęzycznych wyników. Teoretycznie zatem nie jest to dużo. Panda 4.0 wpłynęła aż na 7,5 proc., zaś wersja 4.1 na 3-5 proc. Nie wiadomo, jak mocnym echem nowa wersja odbije się w Polsce. Ostatnia aktualizacja Pandy miała miejsce 25 września ubiegłego roku, a więc na te zmiany czekano bardzo długo – aż 10 miesięcy. Google tłumaczy, że wypuszczenie Pandy 4.2 przesunęło się w czasie ze względu na problemy techniczne.

             

            Pracodawca, który zatrudni osobę niepełnosprawną przez okres co najmniej 36 miesięcy może otrzymać zwrot ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych kosztów:

            •  adaptacji pomieszczeń zakładu pracy do potrzeb osób niepełnosprawnych, w szczególności poniesionych w związku z przystosowaniem tworzonych lub istniejących stanowisk pracy dla tych osób, stosownie do potrzeb wynikających z ich niepełnosprawności;
            •  adaptacji lub nabycia urządzeń ułatwiających osobie niepełnosprawnej wykonywanie pracy lub funkcjonowanie w zakładzie pracy;
            • Continue Reading Zwrot kosztów przystosowania stanowiska pracy dla osoby niepełnosprawnej