Wzajemne wsparcie w rozwoju kompetencji cyfrowych oraz w dostępie do edukacji i zatrudnienia

Zatrudnienie/Praca

Przekazuję zaproszenie na warsztaty przedświąteczne (21 XII, ul. Wybickiego 3 A, Fundacja Instytut Rozwoju Regionalnego)!

Zajęcia obejmują:

v\:* {behavior:url(#default#VML);}
o\:* {behavior:url(#default#VML);}
w\:* {behavior:url(#default#VML);}
.shape {behavior:url(#default#VML);}

800×600

Normal
0

21

false
false
false

PL
X-NONE
X-NONE

Continue Reading Warsztaty w Fundacji Instytut Rozwoju Regionalnego

Zachęcam Panie zainteresowane projektowaniem biżuterii do przyjścia na bezpłatne warsztaty w Fundacji Instytut Rozwoju Regionalnego, w Krakowie (najbliższy poniedziałek o godzinie 11:00). Więcej informacji pod numerem 12 629 85 14. Można nauczyć się, jak hobby przekształcić w pracę!
Warsztaty realizuje Fundacja Instytut Rozwoju Regionalnego w ramach projektu “Współpraca na rzecz kobiet zagrożonych wykluczeniem społecznym”.

Gmail jest obecnie chyba najpopularniejszą platformą poczty elektronicznej na świecie. Użytkownicy korzystają z tej poczty, bo jest wygodna, darmowa, oferuje szeroki zakres funkcjonalności, no i jest od Google. Ale Gmail może być jeszcze lepszy!


Wiele organizacji korzysta z Gmaila. Nic w tym dziwnego – wybierają go z tych samych powodów, z jakich wybrały go setki milionów użytkowników na całym świecie. Na jednej platformie dostajemy zarówno klienta pocztowego, jak i samą pocztę, zatem wygoda korzystania jest tutaj jedną z priorytetowych spraw. Jeśli dodamy do tego automatyczną segregację wiadomości przypisanych do konkretnej kategorii tematycznej, synchronizację z innymi usługami Google i niezłą aplikację mobilną, otrzymamy pocztę niemalże doskonałą. A jeżeli zaczniemy używać Inboxa, wejdziemy na zupełnie nowy poziom zarządzania skrzynką mailową.

Każdy z nas to zna – dziesiątki powiadomień dziennie, zazwyczaj o zupełnie nieistotnych mailach. Niezliczone ilości reklam, newsletterów, informacji z portali społecznościowych, sklepów, etc. Ekran smartfona wygląda czasami jak tablica z ogłoszeniami. Jeśli znacie ten problem, najwyższy czas zainstalować Inboxa, inteligentnego klienta poczty dla Gmaila.

Cóż jest takiego wyjątkowego w tym narzędziu? Ano to, że jest w stanie określić, które maile są dla nas ważne, a które nie. I o tych nieważnych nie informuje, co sprawia, że nawet nie wiemy o przysłowiowych śmieciach spływających do naszej skrzynki. Ponadto, Inbox ma aż siedem kategorii dla wiadomości: Zakupy, Finanse, Społeczności, Powiadomienia, Fora, Oferty oraz Niski Priorytet. Co więcej, aplikacja rzeczywiście potrafi przefiltrować wiadomości w taki sposób, aby wpadły do odpowiedniego koszyka.

Kolejne funkcjonalności skupiają się już wokół zarządzania samymi wiadomościami i jest to najmocniejsza strona Inboxa. Z każdym mailem możemy wykonać szereg czynności, takich jak odłożenie na później, przypięcie, oznaczenie jako „gotowe”, a nawet przypomnienie o tym, żeby na danego maila odpisać. Czysta wygoda!

Wyobraźmy sobie sytuację – rezerwujemy miejsce na konferencji. Otrzymujemy maila z potwierdzeniem i danymi dotyczącymi naszej rezerwacji. Ale sama konferencja jest dopiero za dwa miesiące, po drodze możemy zgubić maila wśród tysięcy innych. Inbox pozwoli nam ustawić uśpienie wiadomości np. do dnia poprzedzającego wydarzenie. Wtedy nie tylko nam o nim przypomni, ale poda wszystkie dane, których potrzebujemy.

Po wykorzystaniu naszego przykładowego maila oznaczamy go, jako „gotowy”, a Inbox wrzuca go do odpowiedniego folderu, żeby nie zaśmiecał nam skrzynki głównej. To czyszczenie maili jest jedną z najlepszych opcji aplikacji, ponieważ pozwala nam na stosowanie polityki „zero” czy „clear” – skrzynka pocztowa ma być przejrzysta dla użytkowników.

Jeśli jakaś wiadomość jest dla nas szczególnie istotna, możemy ją przypiąć. Oznacza to, że zawsze będziemy mieli ją w widoku głównym, nawet jeśli użyjemy grupowego czyszczenia kategorii, w jakiej się znajduje. I to również jest ukłon w stronę użytkowników, którzy dostają pełną kontrolę nad swoją pocztą.

Jest jeszcze jedna funkcja, która może przekonać do rozpoczęcia przygody z Inbox – cofnięcie wysłanego maila. Mamy na to 15 sekund, ale próżno szukać takiej funkcjonalności w innych klientach pocztowych.

A teraz trochę o wadach

Inbox działa tylko z Gmailem i tylko z jednym kontem w tym samym czasie. Jeśli mamy inne skrzynki podpięte do poczty Google, Inbox ich nie obsłuży. Jeśli mamy kilka kont Google, nie przypiszemy ich wszystkich do Inboxa, tak jak możemy zrobić to w Gmailu. To może być problematyczne, jeśli korzystamy z kilku kont jednocześnie.

Kolejną sprawą jest to, że Inboxa trzeba nieco przeszkolić. Zanim aplikacja nauczy się perfekcyjnego rozdzielania wiadomości, będziemy musieli czasem zwrócić jej uwagę na to, że dana wiadomość powinna trafić gdzieś indziej, a jeszcze inna wcale nie jest spamem. Ale to standardowe zabiegi dla każdego programu mającego pełnić funkcję asystenta.

Poza tymi kilkoma niedogodnościami – które, być może, zostaną w przyszłości rozwiązane – Inbox jest świetnym narzędziem do zarządzania Gmailem. Aplikacja jest darmowa, dostępna na Androida oraz iOS, a także w formie przeglądarkowej. Warto dać jej szansę!

Michał Jadczak z http://technologie.ngo.pl/wiadomosc/1643343.html

Stworzenie strony internetowej jest dzisiaj podstawą działalności, bo poprzez sieć dotrzemy do większej ilości odbiorców. Dlatego warto zadbać o to, aby strona była przyjazna, czytelna i przyciągająca uwagę. Ale zanim to się stanie, musimy wiedzieć, od czego zacząć…


Domena, hosting i CMS

Podstawową częścią składową, jakiej potrzebujemy, jest oczywiście domena, czyli adres internetowy. Wyszukiwarki wolnych domen znajdziemy bez problemu w Google, a ciężko ocenić, która jest najlepsza – wszystkie bazują na podobnych zasobach. Ważniejszą kwestią jest wybranie końcówki naszego adresu – może być to .com, .pl, .org lub wiele innych. Dla organizacji najtrafniejszym wyborem byłoby pewnie .org lub .pl, aczkolwiek wiele zależy również od cennika – domeny rzadko kiedy bywają zupełnie darmowe. Warto to sprawdzić.

Drugim filarem, bez którego nie stworzymy strony, jest hosting – miejsce na serwerze, w którym zebrane będą wszystkie dane dotyczące strony oraz znajdujące się na niej materiały. Na hostingu nie warto przesadnie oszczędzać, bo w dużej mierze od niego zależy jakość funkcjonowania strony, a więc prędkość ładowania, pojemność i stabilność.

Sercem strony jest CMS, czyli system zarządzania treścią. Jeśli chcemy mieć witrynę dynamiczną, umożliwiającą szybkie dodawanie treści, zmiany i modyfikacje, niezbędne będzie wyposażenie jej w CMS. Generalnie chodzi o to, aby móc z prosty sposób automatyzować tworzenie strony – dzięki gotowym szablonom i szerokiemu zakresowi możliwych ustawień, nam pozostanie jedynie karmienie strony treściami.

Dwa najpopularniejsze gotowe CMS-y, jakie możemy zainstalować, to WordPress i Joomla!, które mają zarówno swoje wersje darmowe, jak i płatne. Te drugie oferują oczywiście znacznie więcej możliwości, dlatego warto trochę zainwestować – zwróci się to pod postacią chętnie odwiedzanej strony.

Programista i kod

Skoro mamy już domenę, hosting i CMS, wypadałoby wszystko to spiąć razem. W tym celu potrzebować będziemy eksperta, a więc mitycznego programisty. To zazwyczaj dzięki niemu strony funkcjonują tak, jak powinny. Jeśli sami nie znamy się na kodowaniu i pochodnych temu sprawach, niezbędna będzie nam pomoc fachowca, bo zepsuć coś, to nie sztuka.

A jak programista, to i kod. Głównym kodem strony jest najczęściej HTML, który zawiera oczywiście elementy innych języków programistycznych, np. PHP czy Perl oraz fragmenty w JavaScript. Jeśli mamy CMS, właściwie nie musimy znać się na kodowaniu, chyba że bardzo chcemy zmienić jakieś elementy szablonu, z którego korzystamy. Zazwyczaj jest to możliwe zarówno z technicznego, jak i prawnego punktu widzenia, ale wtedy również warto zwrócić się o pomoc do specjalisty – zrobi to szybciej, sprawniej i pewnie nie zapomni o kopii zapasowej.

Treść

Teraz najważniejsze: treść. Jest takie ładne powiedzenie, content is king. To prawda, sprawdza się ono w każdym przypadku, od pisania bloga po kręcenie wysokobudżetowych produkcji. Jeśli mamy dobre treści, dobrą zawartość naszego produktu – w tym przypadku strony organizacji – jesteśmy na dobrej drodze do zgromadzenia wiernych odbiorców.

Jakość zawsze będzie szła w parze z popularnością danego „czegoś”, więc lepiej tworzyć mniej, a lepiej. Jeśli będziemy dysponować przyjaznym CMS-em, możemy skupić się w pełni na tworzeniu treści na wysokim poziomie.

Dobra strona to taka, która przyciągnie wyglądem, a zatrzyma treściami. W dzisiejszym świecie witryna www jest naszą wizytówką, więc powinna być dopracowana i pokazująca, że jakość merytoryczna jest dla nas tak samo ważna, jak wizerunek.

Michał Jadczak z http://technologie.ngo.pl/wiadomosc/1647107.html

 

Oto i obiecana druga część naszego porównania dwóch najpopularniejszych sieciowych notatników. Tym razem przyjrzymy się unikalnym funkcjom, jakie znajdziemy w Evernote, pionierze tego typu rozwiązań na masową skalę. Do dzieła!


Notuj w chmurze – OneNote vs. Evernote. Co wybrać? (cz. 1: OneNote)

Pierwszym, co rzuca się w oczy przy zestawieniu Evernote’a i OneNote’a jest ilość zewnętrznych aplikacji, z jaką współpracuje ten pierwszy. Instapaper (agregat newsów), FileThis (narzędzie do organizowania rachunków, etc.), IFTTT (aplikacja do tworzenia prostych algorytmów), Powerbot (narzędzie integrujące chmury) i setki innych aplikacji wykorzystują udostępnione API od Evernote’a, co pozwala na połączenie ich z samym narzędziem. Do tego dodatki do przeglądarek, które co prawda oferuje również OneNote, ale te od Evernote’a mają o wiele więcej zastosowań.

Evernote ma narzędzie „Web Clipper”. Niezwykle przydatne, wyjątkowo wygodne i absolutnie fantastyczne. Zdecydowanie lepsze, niż to oferowane przez OneNote. Dlaczego? Cóż, jest bardziej funkcjonalne – pozwala chociażby na zaznaczenie fragmentów strony, które nas najbardziej interesują, dodawanie komentarzy, tagów oraz, co chyba najważniejsze, oferuje wybór pomiędzy zapisaniem pełnej strony, wersji uproszczonej, zakładki lub obrazka. Dostępne na wszystkie przeglądarki.

Wygoda użytkowania również przechyla szalę na rzecz Evernote. Weźmy takie logowanie – możemy zrobić to z poziomu przeglądarki, aplikacji desktopowej lub mobilnej i wszystko po prostu działa. W OneNote każde z tych źródeł musi dostać osobne pozwolenie, więc nie dość, że zabiera to sporo czasu, to niekoniecznie działa tak, jak powinno. Z drugiej strony, dostęp offline jest płatny w przypadku Evernote, a darmowy w OneNote.

Materiały przechowywane w zakładce „Web Clipper” pojawiają się w naszych wyszukiwaniach Google. Czy może być bardziej logiczne i wygodne zastosowanie dla takiego narzędzia? Nie sądzę.

W Evernote możemy dodawać powiadomienia do notatek, ot tak, po prostu. Nie zrozummy się źle – w OneNote też możemy to zrobić. Musimy tylko wejść do Outlooka, tam stworzyć przypomnienie, potem połączyć je z OneNote i gotowe. Trochę długa ścieżka, jak na dodanie przypomnienia w notesie.

Jeśli wykupimy opcję Premium lub Business, Evernote może zmienić się nawet w narzędzie do prezentacji. Nie będzie, naturalnie, tak fajne jak PowerPoint czy Keynote, ale może przydać się w kryzysowej albo niespodziewanej sytuacji. Szkoda tylko, że za dostęp do tej funkcji musimy zapłacić 50 dolarów rocznie (w wersji Premium) lub 12 dolarów miesięcznie (w wersji Business).

WERDYKT

To naprawdę ciężka decyzja. W kwestii wygody użytkowania i kompleksowości rozwiązań dostępnych wokoło danego narzędzia, wygrywa zdecydowanie Evernote. Jeśli zależy nam na dużych możliwościach edycji samych notatek, powinniśmy wybrać OneNote’a…

Jeśli chodzi o aplikacje mobilne, zdecydowanie wygrywa Evernote, głównie przez wzgląd na wygodę i prostotę działania. Po prostu logujemy się i już, wszystko mamy zsynchronizowane. W przypadku OneNote odpychająca jest konieczność autoryzacji każdego miejsca, z którego się logujemy.

Evernote ma lepsze narzędzia sieciowe, OneNote świetnie integruje się z pakietem Office. To, co w OneNote jest darmowe, w Evernote jest płatne. Jednocześnie, nie są to funkcje kluczowe dla działania usługi. Wybór jest naprawdę niełatwy…

Ale wiecie co? Wydaje nam się, że wszystko sprowadza się do prostszej kalkulacji – jeśli korzystamy z Windowsa 8.1, weźmy OneNote, bo jest on naturalnym elementem systemu, z którym pracujemy. Jeśli korzystamy z Maka, Androida czy iOS, Evernote sprawdzi się zdecydowanie lepiej.

Michał Jadczak z http://technologie.ngo.pl/wiadomosc/1650116.html

Sieciowe notatniki robią prawdziwą furorę, szczególnie w kwestii przechowywania w nich elementów znalezionych bezpośrednio w Internecie. Dwa najpopularniejsze narzędzia oferują właściwie to samo, ale w różny sposób. Które będzie lepsze dla nas?


Notuj w chmurze – OneNote vs. Evernote. Co wybrać? (cz. 2: Evernote)

Jeszcze rok temu wybór byłby oczywisty, bo Evernote było narzędziem daleko wyprzedzającym rozwiązanie Microsoftu. Ale gigant z Redmond włożył wiele pracy w ulepszenie swojego notatnika i dzisiaj stajemy przed naprawdę trudnym wyborem.

Użytkownicy Maków mają dwie aplikacje na tym samym poziomie. Windowsowcy otrzymują OneNote’a w postaci rozszerzonej, niedostępnej dla innych platform. Decyzja nie jest łatwa. Dlatego spójrzmy na to, co potrafi jedno i drugie narzędzie, kiedy postawimy je obok siebie.

OneNote jest niezwykle elastyczny – możemy zmienić w nim niemalże wszystko, poczynając od faktury wirtualnego papieru, po dodawanie odręcznych notatek czy rysunków do zapisanych elementów. Możemy wykorzystać cyfrową miarkę, przygotować gotowe wzorce notatek i personalizować mnóstwo innych rzeczy. Mowa oczywiście o wersji na Windowsa – aplikacje na Maki i iPady mają nieco bardziej zawężone pole manipulacji, natomiast w Evernote w ogóle nie mamy możliwości takich zmian.

Narzędzie Microsoftu jest – oczywiście – zintegrowane z resztą usług pakietu Office, a więc Outlookiem, Excelem, Wordem i PowerPointem. Możemy np. przesłać arkusz z Excela bezpośrednio do notatnika, a ten automatycznie przerobi go na adekwatny do innych wpis. Co lepsze, jeśli potem w OneNote zdecydujemy się na edycję tegoż arkusza, automatycznie zmieni się on również w Excelu.

Ważną funkcją z punktu widzenia pracy grupowej, szczególnie przydatnej w organizacjach pozarządowych, jest usługaSharePoint, pozwalająca na dzielenie się notatkami, jak również możliwość załączania ich do maili bezpośrednio z poziomu Outlooka. Zarówno Evernote, jak i OneNote dla Maków niestety nie posiadają takiej możliwości.

Dla obu systemów dostępne jest za to dzielenie się notatkami z innymi użytkownikami OneNote. Jest ona darmowa, dopóki oczywiście nie płacimy za Office’a czy SharePoint. Sporym plusem OneNote jest również możliwość jednoczesnej pracy nad daną notatką przez kilkoro użytkowników, czego nie oferuje Evernote. W przypadku tego ostatniego istnieje, co prawda, narzędzie o nazwie LiveMinutes, pozwalające na wspólne tworzenie projektów, ale jest płatne.

W OneNote możemy dodawać materiały wideo do notatek. Właściwie nie trzeba dodawać nic więcej – ani Evernote, ani OneNote dla Maków nie oferują takiej opcji.

Narzędzie Microsoftu pozwala nam na stworzenie list to-do, więc nie będziemy potrzebowali zewnętrznego narzędzia. Dzięki temu wszystko możemy trzymać w jednym miejscu, a same elementy listy zaplanowanych zadań wzbogacimy o zdjęcia, wspomniane wideo czy cokolwiek tylko zechcemy.

Pojemność to ważna sprawa, zwłaszcza jeśli trzymamy w naszym cyfrowym notesie dużo różnych materiałów. Pod tym kątem OneNote również wygrywa z Evernotem, bo oferuje aż 15 GB darmowej przestrzeni, przy 60 MB konkurenta. To porażająca wręcz różnica, którą trudno pominąć. Nielimitowana pojemność w Evernote kosztuje 50 dolarów rocznie, a więc wcale nie tak mało.

Jak widać, OneNote ma naprawdę mocne argumenty w starciu o tytuł najlepszego cyfrowego notatnika na rynku. W następnej części przyjrzymy się charakterystycznym, unikalnym funkcjom Evernote’a i wydamy werdykt ostateczny.

Michał Jadczak z http://technologie.ngo.pl/wiadomosc/1650116.html

Dobre narzędzie do prezentacji to nieoceniona pomoc w przypadku organizacji pozarządowych (i nie tylko). Ilekroć trzeba przedstawić jakiś projekt, o wiele lepiej wygląda on właśnie w formie prezentacji, niż kartek czy przekazu ustnego. Ale prezentacje są nudne…


Nuda prezentacji, jakie można przygotować z wykorzystaniem najpopularniejszych narzędzi, np. Prezi czy PowerPointa dostrzeżona została przez Microsoft. Dlatego pakiet Office otrzymał kolejną aplikację do tworzenia prezentacji, zupełnie jednak odmienną od znanego nam PP. Przedstawiamy Sway, narzędzie do prezentacji dla każdego!

Na stronie www.sway.com nie ma systemu rejestracji, haseł ani nic z tych rzeczy. Po prostu wpisujemy swojego maila i możemy działać. Wita nas interfejs, który już na pierwszy rzut oka wydaje się być niezwykle przyjazny dla użytkownika. Wszystko jest przejrzyste, ładne i oszczędne w formie, by nie zaśmiecać pola pracy niepotrzebnymi bajerami.

Możemy obejrzeć przykładowe prezentacje lub rozpocząć tworzenie swojej. Do wyboru mamy również samouczek, który wprowadzi nas w tajniki Swaya, pokaże jego możliwości i oprowadzi po dostępnych menu. Tych, wbrew pozorom, wcale nie ma tak mało – są po prostu ukryte w poszczególnych zakładkach, zgodnie zresztą z elementarnymi zasadami logiki.

Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest szeroki wachlarz możliwości w kwestii wykorzystania cyfrowych źródeł. Do prezentacji możemy wstawiać filmy z YouTube, wpisy z Twittera, zdjęcia z Flickra, do tego oczywiście cokolwiek mamy na chmurowych dyskach OneDrive czy Google Drive.

Teraz najlepsze – żeby zrobić to wszystko, wcale nie musimy znać skomplikowanych komend kodowania. Sway opiera się na idei What You See Is What You Get, a więc mamy po prostu edytor wizualny i mechanikę typu przeciągnij i upuść, co pozwala na obserwowaniu zmian w czasie rzeczywistym. Nawet dołączanie elementów, które normalnie wymagają nieco zachodu, jak wspomniane filmy z YouTube’a czy tweety, jest tutaj dziecinnie proste.

Całość aplikacji jest oczywiście responsywna, zatem praca na tablecie czy smartfonie również nie powinna sprawić problemu. Z poziomu telefonu nie udało nam się zlokalizować tworzenia nowej prezentacji, możliwe zatem, że na smartfonie można Swaya jedynie przeglądać. Natomiast aplikacja mobilna działa bez zarzutu i jest wierną kopią sieciowego odpowiednika.

To dobrze, że Microsoft wychodzi ze swoimi produktami poza sztywne ramy biurowych aplikacji. Sway jest najmniej biurowym z Office’owych elementów, ma więc największe szanse na błyskawiczne zdobycie uznania na rynku. Bo dzisiaj biurowe, sztywne prezentacje to przeżytek.

Artykuł Michała Jadczak ze strony NGO.pl
http://technologie.ngo.pl/wiadomosc/1654014.html

To jedna z tych rzeczy, które w internecie odchodzą i wracają. Po trwającej pewien czas modzie na zintegrowane usługi i treści wracamy do mody na rozproszenie i specjalizację. To już kiedyś było, ale za każdym razem wygląda nieco inaczej. Tym razem może być szczególnie ważne dla internetowych twórców.

Jakiś czas temu Facebook próbował stworzyć konkurencję dla Snapchata. To nie był jedyny ich podobny projekt. Kiedyś wychodziły, dziś nie. Nic nie wskazuje również na to, żeby próby zrobienia z Messengera zupełnie osobnej platformy miały sens. To znaczy: jasne, to komunikator o ogromnym zasięgu – ale ludzie wiedzą, że jest elementem Facebooka. Zwłaszcza dla młodych odbiorców potrzeba integracji i unifikacji różnych usług nie jest tak istotna. Ba, czasem stanowi ich minus. Wprowadzenie wideo na Instagrama nie spowolniło w żaden sposób rozwoju Vine.

Kiedyś jeden serwis do wszystkiego pozwalał na oszczędzenie czasu. Dziś użytkownicy wcale nie chcą tego robić i mniej korzystać z Sieci. Wręcz przeciwnie. To tak jak z restauracjami: oczywiście w McDonaldzie znajdziemy wszystko, ale najlepsza kawa jest w tej jednej kawiarni na końcu ulicy. Wiecie, do czego dążę?

Tu i teraz

Nie mamy czasu na zaglądanie w przeszłość. Treść stanowi komunikację, a komunikacja z wczorajszą treścią jest nudna. „Real-time web” jest dziś tak „real”, jak to tylko możliwe.

Treść stanowi komunikację, a komunikacja z wczorajszą treścią jest nudna.

Masa ludzi reaguje na to źle. Uważają, że jeżeli coś jest istotne tylko przez krótki czas, to można to robić byle jak – i że nie ma to żadnej wartości. To błąd. Internet zaczyna przypominać telewizję informacyjną. Liczy się tu i teraz, ale to nie znaczy, że można pominąć jakość.

Oczywiście nie jest tak, że bardziej rozbudowane, ponadczasowe treści znikną. Jednak musicie nauczyć się myśleć obecną chwilą. Jak Jedi. Życie online płynie coraz szybciej.

Wyobrażacie sobie, by ktoś był zdziwiony tym, że Onet nie produkuje wersji drukowanej i nie wysyła jej do swoich czytelników pocztą? To byłby absurd, prawda? Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że istnieją firmy wyłącznie internetowe. Po prostu. Teraz będą istnieć firmy wyłącznie mobilne. Liczba użytkowników smartfonów jest taka, że można sobie pozwolić na tworzenie biznesu (nawet opartego na treści) wyłącznie w komórkach – a te mamy zawsze przy sobie i w ich przypadku znacznie istotniejsze jest natychmiastowe odbieranie informacji.

Powrót do długich treści

Nie wiem, czy to dostrzegacie, ale wszystko, o czym piszę, tworzy pewien spójny obraz. Specjalizacja, komunikacja i informacja w jednym, czas rzeczywisty. Nie oznacza to jednak, że odejdziemy zupełnie od nieco głębszych treści. Wręcz przeciwnie.

Przez ostatnie lata obserwowaliśmy stopniowe upraszczanie i skracanie informacji generowanych przez media. Przewiduję odwrót od tego trendu. Niewiele rzeczy może być prostszych i krótszych niż pojedynczy snap, niewiele rzeczy może być bardziej prostolinijnych niż komunikacja przez Periscope. Szansą dla twórców treści jest budowanie czegoś, co będzie mieć konkretną wartość i spełniać inną potrzebę niż te nowe, superszybkie, emocjonalne media.

Te potrzeby i wartości mogą być różne, ale zasada „wyróżnij się lub zgiń” może działać tak mocno jak nigdy dotąd. Treść, która jest na tyle długa, że nie zmieści się na Snapchacie, ale na tyle krótka, że nie wyczerpuje tematu, może po prostu być do niczego. Mam wrażenie, że w tej kwestii nastąpi polaryzacja: z jednej strony rzeczy maksymalnie pełne i dopracowane, z drugiej – ekstremalnie szybkie i żyjące chwilę.

Nadchodzą zmiany

Nowa fala oznacza zmiany. Być może nawet sztorm. Masa ludzi będzie zaciskać powieki, wpychać palce do uszu i udawać, że jej nie ma. Ale to nie sprawi, że nie dosięgną ich jej efekty.

Zdecydowanie w takim momencie najlepiej tę falę wykorzystać i rozpędzać się, płynąc dalej. Jeżeli jesteście internetowymi twórcami, to powinniście wiedzieć, że jedną z najważniejszych zasad nami rządzących jest dostosowywanie się do zmieniających się warunków. Od tego jesteśmy – żeby robić rzeczy zupełnie nowe i wyjątkowe.

Możecie oczywiście obrażać się na ewoluujący świat… 

    W związku z wszystkimi tymi zmianami jeszcze jedno staje się mało istotne: platforma. Już Facebook był zapowiedzią podobnych zmian. Klikając tam w link, nie zastanawialiśmy się, skąd pochodzi – ważniejsze było to, kto z naszych znajomych go polecił.

    Blogerzy zastanawiają się dziś: czy mam umieścić moją treść na blogu? A może jest zbyt krótka i powinienem ją wrzucić na Facebooka? Albo wręcz przeciwnie: może lepiej nie marnować energii na Fejsa i zrobić u siebie sekcję z krótszymi wpisami? Siedzą nad tym mądre głowy i dyskutują, w co lepiej inwestować.

    Dla większości użytkowników jest to temat zupełnie abstrakcyjny. Każda treść jest na wyciągnięcie ręki. Nie ma dla nich znaczenia, w którym kierunku muszą tę rękę skierować. Liczy się to, co jest dla nich ciekawe i co ich angażuje.

    Nie można się na ten stan rzeczy obrażać. Trzeba go zaakceptować – zwłaszcza że w nowej fali social media, o której piszę, to treść jest na pierwszym miejscu.

    Porównajcie liczbę funkcji Facebooka do tej np. na Snapchacie albo Periscope. Niebieski kombajn Zuckerberga odwiedzamy z wielu powodów: by sprawdzić, co u znajomych, odezwać się na komunikatorze, wylać swoje żale względem marki albo zasiać wirtualną marchewkę. Na Snapchata wchodzimy, by oglądać treść – tylko i wyłącznie.